Prolog

Londyn, 1864 r.

- Panno Johnson, czy wszystko w porządku? – rozległ się przytłumiony głos zza drzwi łazienki. Mary ocknęła się gwałtownie wychlapując przy tym trochę wody z wanny. Powiodła nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu i wzdrygnęła się czując wszechobecny chłód.
- W porządku, Cassie – krzyknęła zachrypniętym głosem. – Za moment wychodzę.
Wyjęła srebrny korek z wanny i wstała. Owinęła się szczelnie ręcznikiem i dłonią roztarła sine usta. Jej stopy napotkały na zimny marmur, co wywołało u niej niemiły dreszcz. Włożyła biszkoptową bieliznę i już miała wołać służącą, aby pomogła jej z błękitną, bufloniastą suknią, gdy wtem usłyszała stukot dochodzący od strony okna. Zarzuciła szlafrok na ramiona i utkwiła wzrok w ciemności rozciągającej się za zaparowaną szybą. Podeszła bliżej i palcem zaczęła tworzyć na niej fantazyjne wzory. Nagle, zaledwie parę centymetrów od jej twarzy, ukazała się biała poświata i para czerwonych ślepi. Krzyknęła i chcąc się wycofać pośliznęła się na mokrej podłodze. Upadłszy jęknęła cicho i uniosła wzrok. Oto przed jej oknem fruwał biały nietoperz. Powoli podniosła się na nogi i wpatrywała się w niego przez chwilę zastanawiając się, czy ma halucynacje. Otworzyła okno. Zimny wiatr wtargnął do pomieszczenia. Zmierzchwił jej mokre włosy i zmroził policzki. Zwierzę natychmiast zleciało w dół, niczym ranione niewidzialnym pociskiem. Mary niepewnie zerknęła na bruk znajdujący się pod nią.
- Doprawdy, myślałem, że już panienka nie wyjrzy – powiedział wysoki, blady mężczyzna, którego twarz oświetlana przez uliczną latarnię wyrażała zadowolenie. Spotkał go podejrzliwy wzrok kobiety.
- Co to ma znaczyć? spytała lekceważąco – Kim pan jest?
Nieznajomy ukazał gamę śnieżnobiałych zębów..
- Powiadają, że do miasta zawitała liverpool’ska arystokratka nieziemskiej urody. Wie pani może o kim mowa? – spytał mrużąc oczy i zwilżając usta językiem.
Ciszę wypełnił kobiecy śmiech, w którym dało się wyczuć lekką nutę arogancji.
- Zechce pani zejść tu na dół? – kontynuował nieznajomy – Nie mam pewności, czy aby nie rozmawiam z ową szlachetną damą.
Twarz kobiety spochmurniała.
- Nie ufam takim jak pan – syknęła. – Jaki jest cel tej całej paplaniny?
Mężczyzna uniósł brwi i zamyślił się.
- Przejdę do rzeczy – mruknął po chwili. – Chciałaby pani zobaczyć miasto z trochę innej perspektywy?
- Lodnyn mnie nudzi – prychnęła.- Nic tylko okropna pogoda i okropna, zniedbana architektura. Przytłaczające poczucie beznadziejności.
- Wiele się tu dzieje – zaprzeczył.
- Nie zauważyłam.
- Bo się pani chowa.
Na jej obliczu ukazało się zawzięcie i bunt.
- Nic z tych rzeczy!
- W takim razie – zaczął – Zapraszam na przechadzkę. Chyba, że boi się…
- Jestem Mary Jane – przerwała mu szybko. – Nie nazywaj mnie ,,panią”.
- Harold – uśmiechnął się i nim zdążył coś jeszcze powiedzieć kobieta zniknęła mu z oczu, pojawiając się chwilę później odziana w szkarłatną tunikę. Wystawiła długie nogi na zewnątrz i uczepiła się drabinki prowadzącej na dach. Ostrożnie zeszła na dół stając twarzą w twarz z tym tajemniczym człowiekiem, który nieco zdziwiony oglądał jej wyczyny,
- Zaskocz mnie, Haroldzie – rzekła – Pokaż mi inną stronę tego ponurego miejsca. Nie mam nic lepszego do roboty, no, poza politycznym rozprawami z burżuazją.
Otwierał właśnie usta, aby coś powiedzieć, ale Mary nagle przyparła go do muru i wycedziła przez zęby: ,, I nie warz się oskarżać mnie o tchórzostwo”.
Mężczyzna złapał ją w talii i obnażył śnieżnobiałe kły.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>